Czyli co począć, gdy dolega nam brak fazy.
Jeszcze nie tak dawno temu, gdy wszystko było na kartki, a w chlebie można było znaleźć sznurek, wyrażenie przytoczone przeze mnie w tytule artykułu, który teraz czytasz, nie należało do rzadkości. Każda szanująca się gospodyni domowa, miała w swoim mieszkaniu specjalny schowek, gdzie trzymane były różnego rodzaju świeczki, kaganki, czy nawet lampki oliwne. W wypadku zaniku zasilania, wyciągało się świeczuszkę, podpalało i już mieszkanie zalewało słabe światełko wątłego płomyczka. Pół biedy gdy prądu brakowało w dzień, wtedy można było „oświetlenie awaryjne” przygotować na spokojnie nim zmierzch zapadnie. W wypadku nocy trzeba było wykazać się niesamowitym zmysłem widzenia w absolutnych, wręcz egipskich, ciemnościach.

